Moje doświadczanie.

 

Kiedy ktoś zajrzy do mojego CV, to mogę mieć więcej prac niż przeciętna osoba. A dlaczego? Bo kiedy coś mnie w pracy uwierało, to z niej odchodziłam i ją zmieniałam. Na początku wszędzie było fajnie, a po jakimś czasie znowu kończyło się tak samo – nie mogłam dogadać się z ludźmi. Uwierzcie, próbowałam. Starałam się, ale i tak wychodziło jak zawsze.

 

Robiłam więcej niż inni, starałam się bardziej, uczyłam się szybciej, a na koniec i tak nikt nie doceniał mojej pracy ani wysiłków. Koledzy i koleżanki z dłuższym stażem widzieli we mnie wroga. Pomyślałam, że skoro robię za dużo, to będę robić jak każdy i mniej się odzywać. I co? Nic z tego. Posądzili mnie o plotki i że za wcześnie jestem na swoim stanowisku pracy.

 

Nie przedłużyli mi umowy, nie dostałam podwyżki, zrzucali dodatkową pracę, nie dając nic w zamian. Każda praca, a zarazem lekcja, była coraz bardziej dotkliwa. I jak tu dostrzec własne błędy, skoro widziałam tylko nieżyczliwe koleżanki i wyzyskujących szefów?

 

Zawsze wiedziałam, że jest coś więcej niż tylko nasza rzeczywistość, ale długo trwało, zanim przejrzałam na oczy.

 

Trafiłam do mojej ostatniej pracy. Tu lekcja wyglądała podobnie. Chciałam popracować dłużej niż dotychczas,  byłam więc  miła. Jak jeden przełożony wciskał mi robotę, to ją brałam z pokorną miną. Jak drugi – robiłam tak samo. Jak trzeci – też. I tak, nie tylko oni zrzucali na mnie swoje obowiązki. Ten tylko to, tamten tylko tamto, a ja byłam jedna i ogarniałam to wszystko.

 

I wiecie co? Byłam dumna. Że wszystkim pomagam, że biorę na siebie nowe rzeczy, że jestem niezastąpiona, że ktoś na mnie polega, że jestem godna zaufania i szybko się uczę. Dostawałam kilka złotych premii i cieszyłam się, że jestem lepsza niż inni, pracowitsza, rzetelna, ogarnięta, skupiona. Nie liczyłam swojego czasu, za który nikt mi nie płacił, ale wtedy nie miało to dla mnie znaczenia.

 

Byłam zaangażowana w pracę całą sobą. Taki pracownik to miód dla pracodawcy – tani w utrzymaniu, skupiony, zaangażowany, i to za taką samą stawkę jak ten, co ledwo daje radę albo więcej siedzi w telefonie i patrzy, jak tu wyjść wcześniej z roboty.

 

Tak było w każdej pracy, dopóki w tej ostatniej nie dowiedziałam się, że współpracownik na tym samym stanowisku ma taką samą premię jak ja, a nie ma żadnych dodatkowych obowiązków.. A potem okazało się, że i ten na niższym stanowisku, i jeszcze inny – każdy ma premię. I to za swoją pracę, za nic więcej!

 

No szlag mnie trafił!  Ja jako jedyna musiałam zapracować na swoją premię, gdy inni dostawali ją za samą obecność w pracy. To bolało. Myślałam, żeby rzucić pracę, ale co wtedy? Działanie pod wpływem impulsu nie jest dobre.

 

Dusiłam w sobie tę gorycz, ten ból, kolejne rozczarowanie. Jednocześnie nie miałam alternatywy, innej pracy. Znowu świat był niesprawiedliwy, a ludzie samolubni i egoistyczni.

 

Postanowiłam zadziałać. Zrezygnowałam z jednej dodatkowej rzeczy, która zabierała mi najwięcej czasu i energii, i nie pozwalała mi spokojnie wykonywać własnych obowiązków.

 

Rozpętało się piekło.

 

Przełożony, przyzwyczajony, że jestem dostępna na każde skinienie ręki za symboliczną złotówkę, najpierw próbował mnie przekonać, pokazać, jaka jestem samolubna. A kiedy byłam nieporuszona w swoim stanowisku i swoich granicach, zaczął się mobbing.

 

Nie będę opisywać, co stosował i jakie metody perswazji wykorzystywał, bo nie to jest moim celem. Dość, że byłam tak zniechęcona i zdołowana, że zgłosiłam sprawę do HR. I co? I nic. Usłyszałam, że premia jest uznaniowa, więc jeśli szef mi ją zabrał, to miał do tego prawo. Że jeśli zlecił mi dodatkowe obowiązki, to też miał prawo. A oni jako rozwiązanie mogą zaproponować mediację między mną a szefem.

 

Płakałam po kątach, nie mogłam spać, bolał mnie brzuch, trzęsłam się, kiedy tylko przyjeżdżał. I choć byłam słaba i roztrzęsiona, nie zmieniłam zdania i nie wzięłam z powrotem dodatkowej pracy na swoje barki.

 

Zabrał mi premię na sześć miesięcy. Bolało jak diabli, ale wytrwałam.

 

Nie bez znaczenia było to, że mam kochającą rodzinę przy sobie – cudowną, dojrzałą córkę i partnera, dla którego jestem ważna.  I synka, który jest moim światłem. Nie mogę zapomnieć o moim psie, zawsze wiernym i chętnym na każde przytulanie, zabawę i głaski. To on słuchał jak wylewałam swoje żale i tylko patrzył na mnie swoimi wielkimi, mądrymi oczami. To oni byli moim źródłem siły!

 

Kiedy HR niczego nie rozwiązał, poczułam się bezradna. Pomyślałam: zostało mi kilka miesięcy do końca kontraktu, jakoś wytrzymam.

 

I wtedy pojawił się nowy kierownik.

 

Był gdzieś w tle, ale nigdy nie miałam z nim kontaktu. Czułam od niego dystans i obojętność. Na skutek zmian w firmie przejął większą kontrolę i był jakby nade mną i nad moim szefem. Nie był formalnie naszym przełożonym, ale miał posłuch – i to wystarczyło.

 

Mój szef uległ jego autorytetowi, a ja zaczęłam się podnosić.

 

Choć może nie było tego widać na zewnątrz, bo zmiana była powolna, czułam, że to człowiek sprawiedliwy i działający według zasad. Znał mnie tylko z opowieści i plotek, więc nie były to dobre opinie. A jednak miałam wrażenie, jakby ktoś stanął za mną i pilnował, żeby wszystko było uczciwe.

 

Zaczęłam mówić „nie”. Zaczęłam stawiać granice. Niejednokrotnie przedstawiałam mu swoją perspektywę – rozumiał i wspierał.

 

To nie był ktoś, kto widząc ludzką krzywdę, odwraca wzrok albo mówi „przesadzasz”. W mojej firmie wielu wiedziało, co się ze mną dzieje, a nikt nie reagował.

 

To on mnie wsparł.

 

To dzięki niemu zaczęłam się zmieniać.

 

Dziękuję.