MOJE DOŚWIADCZANIE
Sąsiad — a raczej jego córka — wciąż parkuje przed moją bramą.
Zamyka auto i idzie na zakupy albo do fryzjera.
Jaka myśl pojawia się w głowie?
U mnie pojawia się złość i irytacja.
Nigdy nie lubiłam tej rodziny.
Nie myślałam wtedy w kategoriach, że to, co mnie irytuje, jest jakąś lekcją.
To było dla mnie proste:
„Coś mnie wkurza, świat mnie wkurza — trzeba go ustawić według moich potrzeb.”
Bo czemu nie?
„Przecież ja mam rację.
Takie są przepisy.
Takie są zasady.
I należy je egzekwować.”
Proste?
Dla kogo z was to jest proste, a kto zaczyna dostrzegać coś więcej?
Powiem wam, co zaczęłam dostrzegać i jak wyglądał ten proces.
Najpierw była złość.
Ale zaraz pojawiała się potrzeba zrozumienia:
„Dlaczego coś, co dla mnie jest oczywiste, dla innych jest tak trudne do pojęcia?”
„Czy ci ludzie w ogóle myślą?”
„Co nimi kieruje?”
„Dlaczego tak się dzieje?”
„I co to dla mnie oznacza?”
Mój mózg nie chciał iść w otwarty konflikt.
Nie chciał kłótni, przepychanek, policji.
Więc próbowałam znaleźć jakąś „wyższą” odpowiedź, żeby to stłumić.
Żeby nie eskalować.
Możecie zapytać:
„Dlaczego po prostu nie poszłaś i nie powiedziałaś? Może ona naprawdę nie widziała
problemu. Może myślała, że jest miejsce, że dasz radę wyjechać?”
Może tak.
A może nie myślała wcale — robiła to z automatu, bo było jej wygodnie.
Dlaczego nie poszłam?
Bo było we mnie za dużo złości.
Wiedziałam, że nie będę spokojna.
Że nie powiem tego normalnie.
Zaczynam się wtedy jąkać, mówić półsłówkami, rzucać aluzje.
Jestem uszczypliwa, złośliwa.
Jeśli macie tak samo — napiszcie.
Swoją drogą jestem zodiakalnym Skorpionem i nie ma we mnie krzty dyplomacji.
Jak to wygląda u was?
W pewnym momencie jednak poszłam. Sąsiad kręcił się przy swoim aucie, zaparkowanym
dokładnie naprzeciw mojej bramy.
Powiedziałam:
„Sąsiedzie, proszę nie parkować naprzeciw mojej bramy.
Utrudnia mi pan wyjazd z posesji.”
I wiecie, co odpowiedział?
„To jest połowa mojej ulicy.
Ja na nią dawałem pieniądze i mogę robić, co mi się podoba.”
Zamurowało mnie.
Mogłam sobie w głowie układać tysiące scenariuszy —
ale taka odpowiedź nie przyszła mi do głowy.
Spojrzałam na niego… i zaczęłam się śmiać.
Wszyscy się składaliśmy na tę drogę.
Nasze pieniądze to była kropla w morzu.
Droga kosztowała milion, a my dawaliśmy po tysiąc zł.
Powiedziałam:
„O, maharadża, właściciel połowy ulicy?
To poproszę policję, żeby pokazała mi pana akt własności.”
Odwróciłam się i odeszłam.
Z uczuciem triumfu.
Satysfakcji.
I jednocześnie z myślą:
„Jak niski poziom świadomości reprezentuje ten człowiek.”
